Inwestycje w Szczecinie

Zachowanie umiaru stanowi sztukę. Niezależnie od dziedziny, którą rozpatrujemy. Sztukę trudną do osiągnięcia, każdy wszakże, gdy już odnajdzie metodę, asumpt postępowania, jaki wydaję się mu słuszny, podąża obraną drogą i stara się z niej nie zbaczać, nie robić wyjątków ani zmieniać swoistej taktyki choćby nawet na chwilę, na użyteczność jednorazowego przypadku.

Rzeczywistość wydaje się prosta: za mało = źle, za dużo = powinno być mniej, ale nic się przecież nie stanie. Łatwiej zaakceptować zbyt wielkie środki niż zbyt małe, przecież od przybytku głowa nie boli. Niby błahe, niby banalne, jednakże często zapominają o tym nawet władze państw. Za czasów słusznie poniekąd minionego ustroju socjalistycznego (w okolicach Gierka) uznano, że miasto Szczecin wymaga doinwestowania pieniędzy państwowych. Bardzo słusznie uznano, ponieważ hańbiącą była sytuacja, w której tak duże skupisko ludzkie pozostawało w zasadzie jedynie odbudowane z gruzów wojennych i w którym, podobnie zresztą jak w reszcie kraju, na przydział (bo kupić tak po prostu nie można było) mieszkania trzeba było czekać długie lata.

Jednakowoż rządzącym nie chodziło bynajmniej o mieszkania. Zamiast zatem otrzymać nowe mieszkania, Szczecin wyposażony został w wielki zastrzyk gotówki dla stoczni. Też dobrze – miejsca pracy i tak dalej, z tym że pieniędzy stocznia otrzymała (o ironio!) za dużo! Zakupiono najnowocześniejszy sprzęt, który przez większą część roku stał nieużywany, bo był po prostu niepotrzebny, ogromne dźwigi po jakimś czasie rdzewiejące w dokach. Na domiar złego, jak to w naszym kraju bywa, reszta dotacji (często z zagranicznych kredytów, które spłacać będą jeszcze nasze wnuki) rozeszła się w sposób iście magiczny po kieszeniach działaczy i przodowników.